Wakacje z Bogiem

DSC_0050
Słodka i ciepła od słońca jeżyna rozpływa się w ustach
DSC_0070
Zapach lasu jest wszechogarniający, wbija się w nozdrza żądając dostępu, nie możesz się sprzeciwić
DSC_0073
Zdejmuję buty, bo to ziemia święta…w drodze na Równicę napotykam na miejsce spotkań protestantów z XVII wieku
DSC_0079
Przestrzeń, słońce ku zachodowi, nic-nie-przeszkadza, jest dobrze
DSC_0084
Literkę z moim imieniem znalazłam po drodze
DSC_0100
Jabłuszka, umyte w „protestanckiej” wodzie, kwaśne, okropnie kwaśne, ale kropelka na nich – cały świat
DSC_0104
Czytam. Wszystko co mi jest mi dane. Tu, akurat List do Rzymian
DSC_0111
Las, las, las, napawam się nim
DSC_0121
Drzewo, umarłe drzewo, jakże piękne i ostre
DSC_0141
Szlak, drzewa żyją, piękno
DSC_0221
Prosta Ewangelia w kolorze biskupim
DSC_0214
Uwolniona
DSC_0173
Bliskość
DSC_0149
„Nie zbliżaj się tu! – ostrzegł go Bóg. – Zdejmij z nóg sandały! To miejsce, na którym stoisz, jest miejscem świętym.”
DSC_0250
Radość
DSC_0247
„Wszelką swoją troskę zrzućcie na Niego, gdyż On troszczy się o was. ” 1 Piotra 5:7
DSC_0239
Zaufanie
DSC_0235
Jarzmo
DSC_0231
Wizja
DSC_0285
„Kto wierzy we Mnie, jak głosi Pismo, z jego wnętrza popłyną rzeki wody żywej” Jana 7:38 ….tego szukałam
DSC_0283
Proste drogi
DSC_0277
Dotyk słońca
DSC_0272
Zieleń wieloaspektowa
DSC_0268
Bezkształtne, a może znaczące?
DSC_0258
Gdzie moje narty?
Reklamy

Gniew

EV549989_166597720159770_1385945934_n

foto: Ewelina Neska

Gniew opętuje. Jest jedną z podstawowych emocji. I dobrze mieć do niego dostęp, aby nie przerodził się w agresję.

Co to znaczy, że gniew opętuje? Na początku jest to maleńkie ukłucie. Powstaje pytanie: „jak to się mogło stać”. Później przychodzą kolejne stwierdzenia: „to niesprawiedliwie”, „to hipokryzja”, „przecież może dojść do tragedii”. Jedno zdanie nakręca kolejne zadnie. Po natłoku myśli oceniających można albo się poddać albo zawalczyć.

Gniew budzi się, gdy winę za sytuację przypisujemy otoczeniu, postanawiamy zabawić się w Pana Boga i osądzać albo oskarżać innych ludzi, którzy rzekomo postępują błędnie lub zasługują na karę. Źródło gniewu tkwi w naszym własnym myśleniu.

Zgodnie z metodą Porozumienia bez Przemocy (NVC, o którym piszę w poprzednich postach) zamiast oceniać i szykować plan zniszczenia warto w momencie pierwszego ukłucia gniewu zatrzymać się, wsłuchać się w swoje emocje i potrzeby. Przyjrzenie się temu pierwszemu ukłuciu ze wszystkich stron pozwala zobaczyć co stoi za nim. Czy jest to strach i myśli w rodzaju: „już nigdzie nie można czuć się bezpiecznie” czy coś innego. Gdy rozbroimy go, balonik gniewu pęka, bo emocja wypowiedziana traci swoją moc niszczycielską. Można wtedy zająć się całą sytuacją z zupełnie odmiennej perspektywy i dojść do sedna, czyli odpowiedzi: dlaczego to wszystko tak mnie wzburzyło. Można pomyśleć jak pomóc, a nie ocenić i dokopać. Jest to możliwe wtedy i tylko wtedy, kiedy zawieszę ocenę.

Podsumowując, gniew może być syreną alarmową. Kiedy użyjesz go jako budzika, nie rozhula się, nie będzie w głowie stosu myśli oceniających, które zdeprawują Twoją energię i skanalizują ją w taki sposób, że będziesz wymierzać kary, a nie będziesz zajmować się zaspokojeniem swoich potrzeb.

Ja robię to tak: wywołuję słowa – język serca, bez ocen, 4 kroki, nie oceniać, stwierdzać fakty, mówić o emocjach, ochłonąć.

I działa.

Najlepszy

20180121_164730

Złote tarasy, środek dnia. Jestem z Przyjaciółką. Nie na kawie, ani na lunchu. W kinie. Moja głowa jest pełna szarych myśli, obiektyw skupiony na swoich problemach. Melancholia, nostalgia tak się przelewają. Czerwone dywany nie pasują do tej szarości w głowie.

Film od początku wciska w fotel. Najlepszy. Nie o prymusie, lecz o bohaterze. Jerzy Górski, który ustanowił rekord świata w triathlonowych mistrzostwach świata i zdobył tytuł Double Ironman. Historia człowieka, który wyszedł z piekła.

Początkowo to piekło wygląda względnie pociągająco. Komuna. Brzydko i zimno. Wcale nie jak odcinek James’a Bonda w Rosji. Bo nikt tam nie jest 007. Ucieczka może być tylko wewnętrzna. Milicyjną pustkę na ulicach przerywa impreza z rokiem progresywnym w tle, gdzie na pierwszym planie góruje mała, biała strzykawka z płynem. Płynem, który dostaje się do krwi i przenosi każdego w inne rejony. Mamy oto zatem leżących realnych ludzi, którzy wędrują do swoich  nierealnych światów. Początkowo jest to dla nich fascynujące i zabawne, później staje się codzienną koniecznością, aby wreszcie torturować biedne, pokurczone ludzkie ciała w celu dostarczenia dodatkowych porcji płynu w strzykawce. Bohater stacza się na samo dno, ale jego ciało jest takie silne, że nie chce umrzeć.

Wychodzę zupełnie już nie szara, ale czerwona od płaczu. Obiektyw serca jest nie na problemach. Jest na wdzięczności. Dziękuję.

Zmysły

20180212_183655

Podróż do Krakowa. Rano 6.49. Jeszcze ciemno. Uber z akcentem ukraińskim. Tym razem nie wdaję się w dyskusję, wolę dojechać w ciszy. Cisza jest błogosławieństwem, bo właśnie wtedy można usłyszeć coś ważnego.

Pamiętacie film „Cisza”? Nie! To był tytuł „Wielka Cisza” i dotyczył klasztoru w Alpach Francuskich o najsurowszej regule w kościele katolickim, gdzie świat zewnętrzny nie ma dostępu. Wow! Film jest z 2005. Byłam na nim w Kinotece. Do dzisiaj pamiętam krople wody, które tam spadały, zakłócając ciszę, rąbanie drewna, szurania, odgłosy ptaków. To nie była cisza zupełna, to była cisza bez ludzkiego języka. Cała sala w Kinotece była wypełniona po brzegi. To była zima, środek dnia, dużo starszych ludzi w futrzanych czapkach. Film trwał prawie trzy godziny i po mniej więcej półtorej godziny zaczęli zdejmować czapki. Nie mogłam się już skoncentrować na tej ciszy.

Wracając zatem do zmysłów z podróży do Krakowa to teraz widzę za oknem cudowną pustkę. Tak wyobrażam sobie biegun i podróż Marka Kamińskiego z Jankiem Melą. Jednostajny podmuch wiatru podrywa śnieg na około dwa metry i robi się z tego rozmazany impresjonistyczny pas. Znad tego pasa wyłania się prześwit słońca, które ma kolor złoto-pomarańczowy i jest przedzielone niebiesko-szarym, które wdziera się w światło i samo zyskuje barwę. Gdzieś w oddali jedno drzewko opruszone śniegiem. I krajobraz szybko się zmienia. Już zamiast biegunowej pustki wpadamy w jakąś „przystację”, gdzie stoją wagony pomalowane graffiti. Tak. To  była tylko ułuda, że to biegun…zresztą siedzę w ciepłym przedziale i nie czuję powiewu ostrego jak igiełki wiatru. O! Znowu zmiana. Tym razem, mały biały domek pośrodku pól. Kto tam mieszka? Co robi? Życzę mu dobrego dnia. Tak przyjemnie przeskakiwać ze zmysłu na zmysł. Może napiję się wody? Zazwyczaj nie lubię wody, jest nudna, ale ta jest delikatna i przepływa przez mój przełyk tak delikatnie. No i jeszcze dotyk. Zeszyt, w którym piszę ma takie gładkie strony i przyjemną twardą okładkę. Piszę znowu odręcznie, bo to pobudza mnie do tworzenia. Nie jest to twierdza trudna do zdobycia jak nieprzyjazna klawiatura komputera. Jest przelewanie myśli prosto na papier. Nauczyłam się tego od Julii Cameron, której podstawowym narzędziem do budowania swojej kreatywności są „morning pages” czyli „poranne strony”. Co to jest? To strumień podświadomości przelany rano na papier. Każdego dnia zaraz po przebudzeniu wstaję i piszę trzy strony tekstu autentycznego, niezakłamanego, bezkompromisowego, bezcennego i bezocennego – nikomu nie pokazuję. Jest tylko mój. I wiecie co może się wtedy stać? Możecie dokopać się do prawdy.

To jak, próbujesz?

Lider – jaki ma być?

20180121_164610

Charyzmatyczny, pociągający, kontrolujący, wizjonerski, pewny siebie, szybki, wolny, doświadczony, z otwartym umysłem czy z otwartym sercem?

Kto to jest lider? To ktoś, kto ma wpływ. Ktoś kto przewodzi, stoi na czele danej grupy. Na przykład matka może być liderem dla swoich dzieci, a prezes dla całości przedsiębiorstwa. Jak zatem przewodzimy, jak wpływamy na innych, co robimy, że inni chcą nas naśladować ? To właśnie powinien o sobie wiedzieć lider. Powinien wiedzieć jaki jest jego styl zarządzania, by świadomie podejmować wyzwania. Czyli znać siebie.

Czy znasz siebie Liderze?

Podczas listopadowej konferencji  „The Global Leadership Summit”, która odbywała się w Krakowie i Warszawie najbardziej dotknęło mnie wystąpienie Gary Haugen’a „Liderzy, nie bójcie się”. Gary jest szefem  International Justice Mission – światowej agencji przychodzącej z pomocą ofiarom przemocy, wykorzystywania, niewolnictwa i prześladowań. Gary mówił o strachu, który jest cichym niszczycielem marzeń i rozsiewa się samoistnie niczym chwast. Dlatego dobry lider powinien przede wszystkim wiedzieć czego się boi. Ale to oczywiście nas nie dotyczy, bo kto przyzna się do strachu ten od razu będzie miał etykietkę „słabego”. A lider nie może być słaby. To co w takim razie robi Gary? Każdego dnia siada o godzinie 8.30 i zadaje sobie pytanie: czego się boję? I gdy już sobie na nie odpowie, pogłębia: a czego tak naprawdę się boję? Utraty pracy, pozycji, prestiżu, szacunku, władzy, rodziny, miłości, radości, spokoju czy też złamania nogi, raka, śmierci swojej, śmierci bliskich, bólu? Każdy ma coś, co go kłuje. I to jest właśnie Ten strach. I jeśli jest on nieuświadomiony powoduje nami, a jeśli stoimy na czele grupy ludzi to powoduje nią całą, całą rodziną, całym przedsiębiorstwem. Według Garego nieuświadomione lęki wpływają na skręcanie nie w tą stronę, w którą sobie zaplanowaliśmy. Jest to jak schodzenie z wcześniej obranej ścieżki. I jeśli jest to Orla Perć, to robi się niebezpiecznie. Taki strach, który ściąga nas ze ścieżki, jest niczym szpieg. Podkrada się cichutko, na paluszkach i szepcze do ucha. Człowiek się usztywnia i zaczyna już działać w trybie ochronnym. Powoli i sukcesywnie niszczy nasze marzenia, a my racjonalnie i logicznie mu się poddajemy, bo przecież lepiej się nie narażać, lepiej nie wychodzić przed szereg, lepiej…założyć, że się nie uda?

Nieuświadomiony strach lidera jest jak glejak, forma raka, który wpada do organizmu ludzkiego, lepi się jak guma do żucia i wypuszcza odnogi jak ośmiornica.

Czy jest wybór? Jak bronić się przed tym glejako-ośmiornicowatym stworzeniem?

Jest wybór. Można codziennie, tak jak Gary, zadawać sobie dwa pytania:

  • czego się boję?
  • czego się tak naprawdę boję?

Straszne?

Dla mnie takie było. Odkrycie owo może być przecież dla nas jak puszka Pandory, jak huragan, który zmiecie wioskę, jak fala, która zaleje wyspę. To co można zrobić z tym strachem jak go się już odkryje? Ja oddaję go Bogu. Gary też. Pomaga. I to jest pierwszy krok do odwagi. A jak ona się urodzi, wykiełkuje, to rośnie bardzo szybko i zazielenia się. Odwaga jest zaraźliwa. Przenosi się na innych.

Spróbujesz?

Coaching

Tree

Dużo jest niechęci do tego słowa. Ludzie są nastawieni, przestawieni, przerażeni, oburzeni, wściekli, źli.

Na coachów? Coaching? Dlaczego? Wiem, nie jest to pytanie coachingowe, bo trzeba się tłumaczyć. Ale ja chcę się tłumaczyć.

Przed chwilą zakończyłam sesję cochingową. Klient dokładnie określił czego potrzebuje, podał mierniki, po jakich pozna, że to będzie miał i co wtedy będzie. Zobaczył do czego dąży, sprecyzował i zobaczył co jest teraz, co ma, a czego nie ma. Wykonał wysiłek i zwerbalizował opcje jakie ma. I stało się! Nie wybrał żadnej z nich, bo zawiesił się na swoim wewnętrznym głosie. Ten głos stał się najistotniejszą kwestią całego coachingu. Akurat w tym wypadku. Coaching to właśnie takie docieranie do nieuświadomionych potrzeb, które często w pogoni życia, gdzieś się tracą. To otwarcie na siebie. Jest ono możliwie tylko i wyłącznie przy pełnym zaufaniu pomiędzy klientem i coachem. Bez niego nic się nie dzieje, nie dokonujemy odkryć, nie idziemy do przodu, udajemy.

I teraz wracam do odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak wiele złości na coaching?

Po pierwsze często bywa on skoncentrowany na narzędziach jakie proponowane są klientowi, zapomina się wtedy o kliencie jako o osobie. Robi się z tego jedna wielka sztuczność, klient wychodzi z planami co zrobi po sesji, tylko nie do końca swoimi, bo wygenerował je pod przymusem. Nie podążaliśmy za nim. Często taki klient opowiada później na „wine party”, że tak, owszem, on miał coaching, robił jakieś ćwiczenia, ale nic mu to nie dało.

Po drugie, może się zdarzyć, że ktoś przykładowo na FB coachuje całe rzesze ludzi naraz. Pobudza do działania, podrywa z krzeseł. Klienci pod wpływem takiego FB coacha wstają  niczym Jańcio Wodnik z krzesełka, na którym siedział Jańcio bodajże rok. Takie charyzmatyczne gadanie nie jest coachingiem, ma znamiona mentoringu, czasem manipulacji i ma również mizerny efekt. Często  taka osoba staje się niechciana, bo otwierasz lodówkę, a tam ten FB coach wyskakuje i proponuje jakąś nową metodę albo pyta czy masz jakieś postanowienia noworoczne, bo przecież zawsze trzeba je mieć.

Po trzecie coaching jest czasem używamy przez pracodawców do zmiany postaw, a to powoduje u pracowników strach a w konsekwencji opór przed zmianą. I tak na przykład ostatnio zauważyłam, że stosowany jest nie tylko w korpo, ale też w oświacie. Nauczyciele nauczeni są współpracować, akredytować, walidować, pracować nad awansami zawodowymi. Mają mnóstwo szkoleń i warsztatów. Coaching to dla niektórych nowość i często realizowany nieumiejętnie może zostać odebrany przez przeszkolonych pedagogów jako totalne nieprzygotowanie, brak podstaw merytorycznych i „bicie piany”. Jeśli jednak ktoś przeprowadzi coaching zgodnie z zasadami może to  być szansa na zmianę w jednej szkole, drugiej i następnej.

Powolutku, kroczek za kroczkiem, zmiana za zmianą. To właśnie coaching.

Co też inni o mnie pomyślą ?

Kampinos

Joseph Campbell napisał: „Pytanie – co też oni sobie o mnie pomyślą? – należy od siebie odsunąć, żeby spłynęła na nas łaska”.

Łaska, czyli konkretnie co?

Jeśli weźmiemy to słowo po chrześcijańsku to oznacza ono niezasłużoną przychylność Boga. W Starym Testamencie oznacza ono „pochylić się lub zniżyć się w uprzejmości do kogoś mniej ważnego”. W Nowym Testamencie pojęcie łaska oznacza „przychylność, dobrą wolę, wierną miłość”. A zatem biblijny punkt widzenia to definiowanie łaski jako miłości okazywanej komuś, kto na nią nie zasługuje. Z łaską mamy do czynienia również gdy widzimy, że Bóg nie oczekuje niczego, ale kocha i przebacza.

Wracając zatem do początkowego cytatu znawcy mitów Campbell’a, co może oznaczać spłynięcie łaski na człowieka?

Spłyniecie łaski to uzyskanie mistycznego spokoju i radości w jednym, bycie przepełnionym nadzieją i jednocześnie bycie w kontakcie z innymi. Bycie pogodzonym ze sobą i z innymi. To stan przynależenia. I zgodnie z tym co pisze Campbell pierwszym krokiem jest odsunąć od siebie to „przeklęte” pytanie: „co też inni sobie o mnie pomyślą”.

I co wydarzy się dalej?

Zastąpić je może pytanie: „Co Bóg o mnie pomyśli?” albo „Co pomyślałbym o sobie w tej sytuacji za 170 lat?”. Strach przed oceną jakoś dziwnie zaczyna się rozrzedzać. Może nie niknie całkowicie, ale nie jest już taki zwarty i sprężysty jak przed chwilą. Przestaje paraliżować nasze myślenie, komunikowanie i działanie. I wtedy można zadać cios swojemu strachowi i zareagować zupełnie inaczej. Krytykę i napastliwość zamienić w empatyczne słuchanie potrzeb i uczuć.

Powyższe podejście wydaje się bardzo trudne do realizacji. A jednak gdybym mogła Was zachęcić do eksperymentu w najbliższym tygodniu: jeśli ktoś Was słownie zaatakuje wsłuchajcie się w jego potrzeby i sparafrazujcie jego wypowiedź, zanim „walniecie go po głowie” lub przyznacie się do winy. Co Wy na to?